wtorek, 24 lipca 2012

Dzień 28. Weteranie, dlaczego?



Dwa lata wędruję po świecie. Żadnego telefonu, żadnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnych papierosów. Totalna wolność. Ekstremista. Esteta, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł z Atlanty. Nie będziesz powracał, pamiętaj sobie, najlepiej jest na zachodzie. Teraz, po dwóch latach wędrówki, nadchodzi najważniejsza i największa przygoda. Ostateczny bój, aby zabić fałszywe istnienie wewnętrzne i zwycięsko zakończyć rewolucję duchową. Dziesięć dni i nocy w pociągach towarowych i autostopem przywiodło go na wielką, białą północ. Nie będzie już zatruwany przez cywilizację, od której ucieka; wchodzi samotnie w krainę, by zagubić się w dziczy.
Alexander Supertramp, maj 1992.

Jon Krakauer, Wszystko za życie

            Zacznę od momentu, w którym wyszedłem z hotelu na ulicę. Była godzina 15:50. Chciałem być nieco wcześniej na umówione spotkanie z weteranem, którego wczoraj spotkałem. Usiadłem na chodniku. Obserwowałem przemykające mi przed oczami sylwetki ludzi. Nigdzie nie widziałem mężczyzny na wózku. Jest jeszcze za wcześnie, uspokajałem się.
Minęło 20 minut. Zacząłem się wiercić. Myślałem, że weteran mógł zapomnieć o mnie, że efekty wojny druzgocąco wpłynęły na jego pamięć. Wstałem i postanowiłem poszukać go. Przeszedłem całą ulicę z wiszącym nad nią ekranem, o którym pisałem wczoraj. Z każdym krokiem załamywałem się w sobie. Obserwowałem wszystkie restauracje, kluby oraz uliczki. Widziałem ludzi na wózkach. Czasami łapałem się na tym, ze myliłem ich z szukanym przeze mnie mężczyzną.
W pewnym momencie krew zabiła mi szybciej. Zauważyłem elektryczny wózek i wbitą w jego tył amerykańską flagę. To on, pomyślałem.
Nie musiałem stanąć twarzą w twarz z tym człowiekiem, by stwierdzić, kim był. Po chwili zobaczyłem, że miał on założoną nogę na nogę i kiwał jedną z nich. Westchnąłem. Poczułem się oszukany. Jednak nie twierdziłem, iż zachowałem się, jak skończony naiwniak. Spotkanie weterana było samo w sobie szalenie interesujące. A to, że chciałem odkryć tajemnice, które zostawił on w wietnamskiej dżungli… Cóż, widocznie informacje o wydarzeniach z tej wojny musiały pozostać tam, gdzie się narodziły.
Wracałem do hotelu. Po drodze mijałem naprawdę zaskakujących ludzi. Jedni świecili pośladkami na środku ulicy, drudzy – własną głupotą. Nie narzekałem, bowiem nie co dzień można spotkać takie widoki. Nie mówię tutaj tylko o półnagich kobietach.



Postanowiłem odwiedzić siłownię. Chciałem zostawić w niej swój żal. Wolałem wylać go w kropelkach potu niż w złości, przenoszonej na inną osobę. Przebiegłem 4 km na bieżni i poszedłem ćwiczyć do innego pokoju. Byłem w nim sam. Czułem, że miałem spięte ciało. Złe emocje zostawiłem na urządzeniach, na których ćwiczyłem. A dorwałem się do nich, jak szalony.
Ulica i wiszący nad nią ekran. Widok za dnia
Ta sama sceneria. Wieczór


Wróciłem zmęczony do pokoju i wziąłem odprężająca kąpiel. Cały czas myślałem o weteranie z Wietnamu. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nie przyjechał. Mieliśmy zjeść wspólny obiad. Przecież dla niego to rzadka okazja – tak przypuszczałem – by o pełnym żołądku opowiadać historię swojego życia. Co więc było przyczyną jego nieobecności?
Nie poddałem się. O godzinie 21 wyszedłem z powrotem na ulicę. Wróciłem w miejsce, gdzie spotkałem mężczyznę na wózku.
Znalazłem go. Potrząsał swoim plastikowym kubełkiem z monetami. Jak zwykle sprawdzał ich wartość. Ściągnąłem czapkę, aby mnie rozpoznał, bowiem wczoraj nie miałem jej na głowie.
Zostałem zaskoczony. Mężczyzna wiedział od razu, z kim ma do czynienia. Spuścił głowę. Trzymał w ręku dolarówkę od jakiejś dziewczynki.
– Przepraszam, że nie było mnie wcześniej – mówił z nieukrywanymi pretensjami do siebie.
– Nic nie szkodzi, proszę pana. – odpowiedziałem. – Ważne, że jakoś się odnaleźliśmy.
Usiadłem po turecku przy jego wózku, abyśmy lepiej słyszeli się. Ludzie zaczęli na nas spoglądać.
– Ma pan dziś czas na rozmowę?
– Przykro mi, ale zaraz będę jechał. Muszę zjeść kolację. – rzekł.
Spochmurniałem. Czyżby weteran chciał mnie spławić? Nie, to nie możliwe, myślałem.
– Ale nie martw się – dodał. – Jutro będę do twojej dyspozycji. Tylko proszę, daj mi jakieś pieniądze. Muszę przetrwać dzisiejszą noc, która nie zapowiada się ciekawie.
– To znaczy, że przyjedzie pan jutro tutaj znowu? O której?
– Będę jakoś po 19. Wtedy porozmawiamy na spokojnie. Na pewno starczy nam czasu, ponieważ nie śpię w nocy. Biorę tabletki, po których sen oddala się od człowieka.
– W takim razie stawiam się jutro o wyznaczonej przez pana godzinie.– odparowałem, wręczając mu 20 dolarów. – Będę czekał!
– Przywiozę dla ciebie kilka niespodzianek – mówiąc to, wskazał na swoją głowę – i z wielką przyjemnością podaruję ci jedną z nich. Dostaniesz ode mnie czapkę. Podobną do mojej.
– Naprawdę?! – krzyknąłem z wrażenia. – Dziękuję serdecznie.
– Wezmę ze sobą coś jeszcze – wtrącił. – Gdy byłem w Wietnamie, pisałem dziennik. Przeczytasz go jutro. Wtedy na pewno nasunie ci się wiele pytań.
Nie wierzyłem własnym uszom.
– Powiedz mi, co cię tak naprawdę interesuje? Co chcesz ode mnie wiedzieć? – zapytał.
– Chcę poznać pana historię.
            – I tak się stanie – zakończył.
(Podczas rozmowy zauważyłem, że mężczyzna ani razu nie uśmiechnął się. Wczoraj też nie widziałem żadnego wyrazu zadowolenia z jego strony. Tylko ja okazywałem emocje).
Aby zrozumieć twarz weterana, należy najpierw poznać jego historię. Wtedy dowiemy się, kim tak naprawdę jest...

poniedziałek, 23 lipca 2012

Dzień 27. Wietnam w Las Vegas



McCandless po prostu przejawiał skłonności do ryzykanctwa w stopniu ponadnormalnym. Odczuwał potrzebę sprawdzania się w sytuacjach, jak to nazywał, „znaczących”. Posiadał wielkie, ktoś mógłby powiedzieć, przesadne, ambicje. Zgodnie z charakteryzującym go moralnym absolutyzmem, wyzwanie, w którym ma się gwarancję pozytywnego rezultatu, nie jest w ogóle wyzwaniem.

Jon Krakauer, Wszystko za życie

Dziś zrobiłem żabi skok. Z Los Angeles do Las Vegas. Z miasta filmu do miasta hazardu. Dziedziny życia pokrewne, nieprawdaż?
Niemal cały dzień spędziłem w samochodzie. Do celu przyjechałem o 18. W hotelowym pokoju natychmiast zrobiłem burdel, rozrzucając ciuchy w każdą stronę. Spieszyłem się na siłownię. Potrzebowałem ruchu, jak powietrza. Wskoczyłem na bieżnie i na godzinę zapomniałem o świecie. Później wróciłem do siebie, wziąłem prysznic i dosłownie na chwilę wyszedłem na ulicę. Jednak zanim cokolwiek o niej napiszę, wyjaśnię, na czym będzie polegać mój pobyt w Vegas.
Sin City to już ostatni przystanek samochodowej podróży. Tutaj auto zostało wypożyczone i tutaj zostanie oddane w ręce firmy. Poza tym, w mieście zatrzymam się do niedzieli. Tymczasem przebywam w jego starej części. Gdy nastanie środa lub czwartek, przeniosę się do nowszych partii aglomeracji.
Wydaje mi się, że obecnie mieszkam w centrum. Przez dwie grube szyby w moim pokoju słyszę dudnienie ulic, widzę odbijające się od szkła światła klubów oraz restauracji. Wszystko tutaj, co zapewne nie jest zaskoczeniem, mieni się, jak na ekskluzywnym bazarze.
Na wieczorny spacer nie wziąłem aparatu, nie spędziłem też dużo czasu na obserwowaniu ludzi i tutejszego życia. Nie mogłem jednak wrócić z pustą głową i brakiem jakiejkolwiek historii. Wystarczyło postać chwilę na ulicy i gawędy same zaczęły wypływać z ludzkich kieszeni, zamierzchłe czasy wychodzić z ich ust, a niezwykłe wydarzenia powracać, jak nocna mara. Tylko trzeba było się skupić i nie gonić za tłumem.
Zatrzymałem się więc i obejrzałem wokół siebie. Nade mną wisiał potężny tunel światła. Ciągnął się przez 20-30 metrów. Co jakiś czas odbywał się na nim pokaz wizualny połączony z efektami muzycznymi.
Ulice pękały w szwach. Zewsząd napływali ludzie. Z drinkami, z mnóstwem pieniędzy. „Artyści” zarabiający na swoich dziwacznych zdolnościach stali przed każdym klubem lub barem. Jakiś mężczyzna pokazywał tyłek, przebierając się za rzymskiego hoplitę. Z kolei pewna kobieta zdejmowała gorset i, z naklejonymi kółeczkami na sutkach, pozowała do zdjęć. Trzęsła przy tym ogromnymi piersiami ku uciesze przechodniów.
Czekałem na pokaz. Stałem z podniesioną głową i zacząłem tracić cierpliwość. Postanowiłem rozejrzeć się. I znalazłem. Siedział tam. Samotny, choć znajdował się w gąszczu ludzi. Może 65-letni. Siwa, pokręcona broda spadała mu na pierś. Oczy jaśniutkie, jak woda jeziora Tahoe.
Mężczyzna był niepełnosprawny. Nie miał nóg. Siedział na zautomatyzowanym, rozsypującym się wózku. Oparcia na ręce opadały i pękały. 
Trzymał plastikowy kubek, którym potrząsał. Rzecz jasna, prosił o pieniądze. Gdy ktoś wrzucił mu monetę, bilon, sprawdzał ich wartość. Zauważyłem, że nosił niebieską czapkę z napisem: „Weteran wojny w Wietnamie”.
Ale moją uwagę rozproszył zaczynający się pokaz…
Przewróciłem oczami i przyglądałem się temu kiczowi. Leciały utwory Queen. Przez ekran przewijały się zdjęcia Freddiego Mercury’ego. Nadszedł w końcu czas na utwór „We are the champions”. Zabrałem się za śpiewanie jego refrenu. Zrobiło mi się jednak bardzo głupio. Wydaje mi się nawet, że sowo „głupio” to bardzo nietrafne określenie. Wszystko dlatego, iż pokaz oraz piosenkę Queen okraszono fotografiami uśmiechniętych ludzi. Spośród nich w pamięć zapadł mi zwłaszcza jeden człowiek – żołnierz z wyszczerzonymi białymi zębami. Wprost pękał z radości.
Co za nieszczęśliwy paradoks, pomyślałem. Ze smutkiem spojrzałem na mężczyznę na wózku. Czy ty byłeś zwycięzcą w Wietnamie? Uśmiechałbyś się, będąc na tym ekranie?
Miałem gdzieś ten pokaz. Poczekałem, aż się skończy. Podszedłem do człowieka z czapką. Przyklęknąłem. Akurat miał jechać dalej. Zatrzymałem go. Na udach położył sobie pudełko z jedzeniem. Sprawdził jeszcze, czy flaga Ameryki wisi z tyłu jego wózka.
– Dobry wieczór, panu – zagadałem. Przyjrzałem się od razu jego twarzy. Miał zmęczone oczy, spocone czoło i nerwowo mrugał. Trząsł się.
– Cześć, coś się stało? – zapytał, lekko przekrzykując tłum ludzi na ulicy.
– Zauważyłem pana czapkę. Czy to prawda z tym Wietnamem?
– Tak, byłem w nim w od 1966 roku do 1969 – odpowiedział.
Denerwowałem się. Ulica stawała się coraz głośniejsza. Wraz z mężczyzną musieliśmy przekrzykiwać się i domyślać, co mówią obie strony tej konwersacji. Obawiałem się również, iż lata, w których walczył, mogłem źle usłyszeć.
– Czy mógłbym o tym z panem porozmawiać? Oczywiście, jeśli pan chce. Domyślam się, że może być to dla pana zbyt ciężkie do opowiedzenia.
– Oczywiście, pogadamy – odpowiedział. Wskazał jednak na pudełko na udach. – Muszę teraz zjeść kolację. Może jutro? – spytał.
– Będzie pan w tym samym miejscu?
            – Tak, tylko że o 16, a nie jak dziś – o 22.
– Jesteśmy umówieni. Wezmę jakieś pieniądze. Pójdziemy gdzieś zjeść i się napić.
– Dobrze – wykrztusił z siebie. – Ale ty chcesz dołączyć do armii? Jesteś za młody.
– Nie, ja już wiem, co chcę robić w życiu – oznajmiłem.
W ten sposób pożegnaliśmy się. Po chwili mężczyzna na wózku wmieszał się w tłum. Zniknął wraz z swoją historia i bólem życia. Ciekawe, czy jutro spotkam go ponownie.

Dzień 26. Hollywood! Na planie Universal Studios


Kanciastość form pustynnych stwarza z chmur i lądu monumentalną architekturę… Na pustynię wędrują prorocy i pustelnicy; przez pustynię idą pielgrzymi i wygnańcy. Tu właśnie przywódcy wielkich religii szukali terapeutycznych i duchowych wartości. Samotni; nie aby uciec, lecz by odnaleźć rzeczywistość.

Słowa Paula Sheparda cytowane przez Jona Krakauera w Wszystko za życie

Notatkę dedykuję osobie, która jest zafascynowana kinem; która – wiem to – gdyby dziś była na moim miejscu, widziałaby najwspanialszą rzecz w życiu. Pawle S., mam nadzieję, że chociaż w małym stopniu oddam Ci to, na co zasługujesz.

Nie ma co się rozmieniać na drobne. Od razu przejdę do rzeczy: dziś byłem w Los Angeles. Cały dzień spędziłem w Universal Studios, czyli – prawdopodobnie – największej wytwórni filmowej na świecie. Tego, co w niej przeżyłem, nie oddadzą żadne słowa, żadne zdjęcia i żadne filmy. Zamiast biegać jak szaleniec z aparatem, postanowiłem poświęcić się skrupulatnemu zwiedzaniu. Universal Studios było – zaraz po Yellowstone – najlepszą atrakcją podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych.
Przejdźmy zatem do opisu serca Hollywood, jego kuchni, w której powstały takie filmy, jak: Dracula, Frankenstein, Mumia, Wilkołak, Woody Woodpecker, Upiór w operze, Trzęsienie ziemi, Szczęki, E.T., Bad Boys, Człowiek z blizną, Powrót do przyszłości, Lista Schindlera, Apollo 13, Park Jurajski, American Pie, Gladiator, Hannibal, Szybcy i wściekli, Hulk, Moneyball, itd.
Czułem się niesłychanie wyróżniony, mogąc chodzić w miejscach kręcenia niektórych z tych filmów. To było coś w rodzaju nobilitacji. Zacznijmy więc od początku.
Do Universal Studios wszedłem o godzinie 12 w południe. Bilet kosztował 80 dolarów na osobę. Ten skrawek papieru pozwalał mi korzystać ze wszystkich atrakcji tego miejsca. A było ich naprawdę wiele! Przejście od jednego filmowego wydarzenia do drugiego zajmowało przynajmniej godzinę. Drepcząc po czerwonym dywanie, przekroczyłem bramę wytwórni, w której działy się cuda na ekranach kin i naszych telewizorów. 

Początkowo Universal wyobrażałem sobie jako najzwyklejsze muzeum. Przypuszczałem, iż zobaczę stare kostiumy i wyblakłe klisze. A nad zwiedzaniem tego wszystkiego będzie dodatkowo czuwał nudny przewodnik. Jak dobrze, że myliłem się w każdym calu.
Otóż studio było mekką dla miłośników kina. Chodziło się na projekcje wielkich produkcji, jeździło wagonami po planach filmowych. Po prostu szczęka opadała, gdy zaczęło zwiedzać się ten ogromny obszar. Wydawało mi się, że byłem w jedynym na świecie mieście filmu. No, pomyślałem, mam najlepszą okazję poznać Hollywood od podszewki. Do dzieła!
Pierwszą atrakcją był Dom Horrorów. Stałem do niego w kolejce. Przede mną znajdowało się około 300 ludzi. Posuwali się jednak bardzo szybko. W organizacji ruchu pomagali pracownicy Universal. Szedłem i piałem z zachwytu, widząc stare plakaty Draculi, Frankensteina, Wilkołaka, Hannibala.
Po 15 minutach znalazłem się w środku jakiegoś pomieszczenia. Oglądałem kostiumy i makiety. Wizerunki potworów ziały z każdego kąta. Nad wszystkim czuwał sam Alfred Hitchcock.
Plakat filmu Laleczka Chucky
W oddali słyszałem jakieś krzyki. Sądziłem, że to dodatkowe atrakcje podczas oglądania tych arcyciekawych świadectw horrorów. Kolejka skończyła się i przeszedłem przez barierkę. Przede mną znajdowało się ponure wejście, skąd dochodziły wrzaski. Wziąłem głęboki oddech i…
… ledwo utrzymałem się na nogach. Szczerze mówiąc, niemal dostałem zawału serca. Wszedłem do egipski ciemności. Oplatały mnie pajęczyny, przez które musiałem się przedzierać. Szkielety i szczury leżały na skałach. Myślicie zapewne, drodzy Czytelnicy, że na pewno wyolbrzymiam, że był to zwykły dom strachów. Owszem, straszyło w nim, ale w sposób profesjonalny, filmowy! W jego korytarzach czaili się bowiem ucharakteryzowani aktorzy. 
Charakteryzacja z filmu Coś

Chwiejnym krokiem podążałem dalej. Sprawdziłem, czy ktoś za mną idzie. Jakaś kobieta oglądała się na lewo i prawo. I akurat wtedy pojawił się upiór. Był jak żywy. Szponami ciął powietrze. Wyleciał zza krat i wpadł na ludzi. Zawył i uciekł. Schował się tak, że nie było go widać.
Pamiętam jedynie, iż używałem bardzo niecenzuralnych słów, gdy zobaczyłem potwora. Aktor zagrał go wyśmienicie.
Bałem się czegokolwiek dotknąć. Przede mną zaczęli krzyczeć ludzie. Poszedłem za nimi. Wpadłem do pokoju Laleczki Chucky. Najgorsze w tym wszystkim okazało się to, że w przez tego małego upiora miałem zepsute dzieciństwo – tak się go obawiałem!
Słyszałem swój oddech. W pomieszczeniu migotało światło. Wszędzie porozrzucano nogi kukiełek, ich oczy i włosy. Ja, 21-letni facet, byłem przerażony. I akurat w tym momencie, w którym zastanawiałem się, co mnie tutaj spotka, z beczki z krzykiem wyskoczyła Chucky. Matko, uciekaj stamtąd, wrzeszczałem na siebie. Szybko wydostałem się z pokoju tortur Laleczki.
Minąłem karła przebranego za jakąś filmową bestię, której nie rozpoznałem. Drogę przebiegł mi jeszcze duch. Kobieta za mną darła się ze strachu:
– Zaraz dostanę ataku serca!
Wpadłem do pokoju z kokonami martwych ludzi. Wisiały w powietrzu. Gdy przechodziłem przez ten obślizgły korytarz, ciała obijały się o mnie. Nie zauważyłem, że po mojej lewej stronie znajdowała się szyba. Ktoś wpadł w nią i zostawił odciski dłoni. Wystraszyłem się jeszcze bardziej. Wyglądałem, jak dziewczynka. Przebierałem nogami tak szybko, że nawet ich nie kontrolowałem.
Tym razem znalazłem się w pustym pomieszczeniu. Było ogromne. Na środku stał stół, z którego w filmie powstał Frankenstein. Przekonywałem się, że już nic mnie nie wystraszy. Wszedłem do jakiegoś innego korytarza. Pachniało w nim lasem. Zewsząd wychodziły gałęzie drzew. Starałem przypomnieć sobie, gdzie działa się podobna akcja w horrorze. Nie zdążyłem znaleźć rozwiązania. Wilkołak wskoczył między mnie i kobietę. Zrobił to tak szybko, że zanim ona przestała krzyczeć, jego już nie było. Moje serce pompowało w tym momencie dwa razy więcej krwi niż powinno. Na tym jednak skończył się Dom Horrorów. Wybiegłem z niego niesamowicie podekscytowany. Chciałem tam wracać. Najbardziej podobało mi się zaangażowanie w ten projekt profesjonalnych aktorów, którzy potrafili straszyć, jak nikt inny. Syczeli, wyli, pluli i skakali. Perfekcja grozy.

Spojrzałem na mapę. Kolejna atrakcja – Terminator 3D. Czyżby czekało mnie kino?, pytałem siebie. Po chwili stałem już w kolejce. Odczekałem swoje i, biorąc po drodze specjalne okulary przeznaczone do oglądania seansu, wszedłem z ponad 200 ludźmi do ogromnego pomieszczenia. Staliśmy ściśnięci, nie wiedząc, co nas czeka. W rogach pokoju znajdowały się dwa duże ekrany. Pomiędzy nimi, nad drzwiami prowadzącymi do sali kinowej, zbudowano balkon. Na nim pojawiła się młoda kobieta. Odgrywała swoją rolę. Myślałem, że mówiła poważnie. Uwierzyłem jej. Zaczęła nas czarować. Opowiadała o systemie Cyberdyne i Skynet – o sztucznej technologii, która sprzeciwiła się ludzkości, chcąc ją zniszczyć w filmowym Terminatorze. Piękna prezenterka żartowała i powiedziała, że na dwóch ekranach pojawi się informacja przed pokazem filmu. Usłyszałem zaraz głosy lektorów. Zachwalili systemy, mające unicestwić każdego człowieka z osobna. Zastanawiałem się, o co tutaj chodziło. Nagle audycja została przerwana. Teraz z ekranów przemawiało dwóch ludzi. Chłopak, którego na motorze woził Terminator, wraz z matką, ostrzegali, że Cyberdyne chce nas zniszczyć, że kobieta z balkonu współpracuje z tym chorym systemem. Powiedzieli, abyśmy uciekali. Każdy turysta patrzył się na swojego sąsiada. Zapadła lekka panika. Na balkonie ponownie zobaczyłem kobietę. Przeprosiła za tę dwójkę szkodników i uruchomiła dalszą część reklam Cyberdyne’u. Następnie wpuściła nas do sali kinowej.
Byłem zmieszany. Nadal nie wiedziałem, co tu się działo. Usiadłem w fotelu i zobaczyłem, że z podłogi wyrasta kobieta z balkonu. Przemówiła do nas.
– A teraz podziwiajcie nową technologię! – krzyknęła.
W tym momencie po obu stronach ekranu pojawiły się roboty z filmu Terminator. Każdy poruszał się i miał wbudowany karabin. Zaczęły strzelać do stojących przed nimi tarcz. W kinie rozniósł się zapach prochu. Po chwili ogień ustał. Kobieta nakazała nam założyć okulary. I zaraz wpadła na scenę dwójka aktorów! Matka z chłopakiem! Oddali strzał w powietrze. Wydarli się, abyśmy uciekali, bo zaraz nastąpi katastrofa. Ale było za późno. Z ekranu wyskoczył robot. Również aktor. Zabił kobietę z Cyberdyne’u, dusząc ją w tak realistyczny sposób, że niemal nabrałem się na tę sztuczkę. Gdy szedł w stronę dwójki wybawicieli, do sali kinowej wjechał sam Terminator na motorze. To dopiero była atrakcja! Wszystko działo się naprawdę. Miał shotguna. Strzałem z niego rozniósł w pył głowę robota. Zabrał matce chłopaka i wskoczył z nim do ekranu. Teraz oglądaliśmy film. Gdy leciał w nim statek, w widownię wiał wiatr nie wiadomo skąd. Tworzyło to spójny efekt z tym, co widziało się na ekranie. Terminator wraz z chłopakiem zaczęli walczyć z jakimiś automatami. Na końcu główny bohater załadował bombę i wysadził kino w powietrze. Powiedział przy tym sakramentalne: „Hasta la Vista, baby” i wszystko zaczęło się trząść. Wskutek wybuchu pojawiła się ogromna kupa dymu, wypadająca ze sceny. Pogrążyła całe kino we mgle. Na widzów zaczęła kapać woda. I pojawiło się światło…
To był niesamowity pokaz: gry aktorskiej i efektów specjalnych na żywo, które połączono z klasyką filmową na ekranie.
Trzecia atrakcja. Technicy Hollywood przygotowali w potężnym pomieszczeniu prezentację tego, jak tworzy się film. Dowiedziałem się z niej zaskakujących rzeczy. Zwłaszcza jeśli chodziło o wybuchy, grę kaskaderską, itp. Zobaczyłem, jak oszukiwano nas, odbiorców. Powiedziano mi, że pierwszy King Kong był wielkości dwóch palców wskazujących. Swoją drogą, zaimponował mi zwłaszcza pewien zielony ekran. Otóż wyświetlał on mnóstwo krajobrazów, scen akcji. Można go było tak zaprogramować, że pokazałby nam na przykład wieżę, z której King Kong strącał samoloty.
Kolejnym miejscem, które odwiedziłem, był Park Jurajski. W nim płynęło się łodzią. Doskonale zaprojektowano ten szlak. Pamiętam, że będąc dzieckiem, spędziłem kilka godzin na odtwarzaniu w kółko tych samych części filmu Stevena Spielberga. Znałem zatem każdy szczegół produkcji. Zanim jednak wsiadłem na pokład, dowiedziałem się, że w trakcie rejsu zostanę przemoczony do suchej nitki. Ciekawe, co zamierzają, głowiłem się.
Ruszyłem. Mijałem ruchome, olbrzymie dinozaury – dokładne odzwierciedlenia tych, które widziałem w filmowym Parku Jurajskim. Jeden pluł na mnie wodą, drugi biegał i przegryzał kable. Nagle z góry zaczął osuwać się na nas samochód, który popychał tyranozaur. Pojazd zleciał z hukiem. Wyleciała z niego para i zatrzymał się tuż przed naszą łódką. Mało brakowało do kraksy.
Przemierzałem rzekę dalej. Zachwycałem się tymi widokami. Czułem się bohaterem tego filmu. Na końcu rejsu wpłynąłem do tunelu. Zaczęło się odliczanie. Mniejszych cyfr niż 7 nie pamiętałem, ponieważ wtedy ukazał się przede mną ogromny tyranozaur. Z każdą sekundą otwierał paszczę coraz szerzej, aż w końcu przeraźliwie zaryczał i łódka ruszyła z takim impetem, że myślałem, iż wpadnę dinozaurowi wprost do żołądka. Gdy ledwo minąłem jego zęby, trafiłem na wodospad i spad za nim. Zacząłem lecieć z niesamowitą prędkością. Woda wdarła się na pokład. Zmoczyła mi wszystkie ubrania. Mokry chodziłem aż do zamknięcia Universal Studios.
Pobiegłem dalej. Nie miałem, niestety, czasu czekać na pokaz Transformersów. Wybrałem za to przejażdżkę po planach filmowych wytwórni wraz z projekcją 3D King Konga. Wsiadłem do busika, którym zwiedzałem prawdziwe sekrety Universal.
Wjechałem do miasteczka-atrapy. Wyglądało niezwykle realistycznie. Powiedziałoby się, że w tym miejscu żyją ludzie. Później jednak puknąłem się w głowę. Przecież ja znałem to miasto! Na jego środku stał ratusz z zegarem. Czy pamiętacie, drodzy Czytelnicy, scenę z Powrotu do przyszłości, kiedy w budynek, na którym stał szalony dr Emmet Brown, uderzył piorun? To było właśnie to miejsce! Okazało się, że w tym samym mieście rozgrywała się również akcja Bruce’a Wszechmogącego. Przy okazji kręcenia filmu miasteczko po prostu zaludniano, wpuszczano do niego samochody i już tworzyły się prawdziwe realia życia.
Zauważyłem schodki, po których Jim Carrey biegł w filmie z psem na rękach. Wyprowadzał go na zewnątrz, ponieważ chciał nauczyć pupila sikania na zewnątrz. Czyż tak nie było w Brucie?
Jechałem dalej. Tym razem wkroczyłem do alei pojazdów. A w nich spotkałem auta, które Universal wykorzystywał do swoich filmów. Zobaczyłem więc prawdziwe maszyny z Powrotu do przyszłości, Szybkich i Wściekłych oraz innych produkcji.
Później znalazłem się na planie serialu Gotowe na wszystko. Czy wiecie, drodzy Czytelnicy, że jego akcja toczyła się również wśród tych atrap? Było tam to samo osiedle, na którym Eva Longoria kłóciła się ze swoimi szalonymi sąsiadkami. Wszystko wyglądało tak samo, jak w serialu!
Nadszedł czas na King Konga. Tutaj zapowiadała się inna atrakcja. Wjechaliśmy do ciemnego tunelu. Założyliśmy okulary 3D. Włączył się niesamowicie wielki ekran. Otaczał nas – miał 360 stopni. I nagle zaczęło trząść busami. Z lewej strony wyskoczyły tyranozaury. Zaczęły ryczeć. Ich ślina kapała na turystów. Jeden z drapieżników złapał za koniec pojazdu. Wówczas pojawił się główny bohater – Kong. Nadszedł z prawej strony ekranu. Zawył, aż uszy rozdzierało. Przeskoczył nad autobusem i uderzył tyranozaura tak, że jego krew bryzgnęła na turystów, chlapiąc ich od góry do dołu. Niestety, w ferworze walki, nasz pojazd został uderzony. Zaczęliśmy osuwać się w przepaść. Dosłownie czułem wszystkie te emocje i stany. Nieważkość zagościła w każdym skrawku mojego ciała. Nawet, poprzez wykorzystane w projekcji efekty, wiatr wiał mi w twarz. Uratował nas King Kong, skacząc i łapiąc w powietrzu autobus. Postawił pojazd na ziemi i ruszył w spokoju w swoją stronę. (Wiem, że mogę opisywać te sceny, jak dziecko. Ale dziś przeżyłem rzeczy, które były odwzorowane do granic możliwości, i których nigdzie indziej nie mógłbym lepiej doświadczyć).
Wyjechałem z tunelu i ruszyłem na plan Wojny światów. Wiedziałem, że Steven Spielberg użył w tym filmie piekielnie dużo kostiumów i rzeczy, nadających produkcji pełnego realizmu. Zobaczyłem potężny plac. Zauważyłem na nim dom, z którego Tom Cruise uciekał przed buntem maszyn. Widziałem też samoloty przekrojone na pół. Buchała z nich para i ogień. Wszędzie leżały walizki, przewody elektryczne. Miało się po prostu jedno wrażenie – ta akcja toczyła się tu i teraz! Płomienie niemal dostawały się do busa.
Żałuję bardzo, że nie wziąłem ze sobą aparatu na ten przejazd. Pomyślałem jednak, iż miałem lepszą okazję, by skupić się na jednej rzeczy.
Widziałem jeszcze naprawdę wiele więcej. Przypuszczam jednak, że chaos, który wprowadzają moje emocje związane z odwiedzeniem Universal, nie pozwoli opisać mi głębiej, skrupulatniej i dokładniej tego, co dziś przeżyłem. Po prostu.  


Sam nie wytrzymywałem napięcia tych wszystkich projekcji. Tych emocji, które krzyczały same przez się. Bo większość z tego, co dziś widziałem, znałem z ekranów kin. A tego dnia przecież mogłem to jeszcze poczuć na własnej skórze. Wydaje mi się, że śniłem. Takie rzeczy w moim życiu zdarzały się do tej pory tylko w filmach!

niedziela, 22 lipca 2012

Dzień 25. Wejścia ewakuacyjnego do Los Angeles nie ma



Fizyczny układ krainy ma swoje odzwierciedlenie we mnie. Szlaki, które wytyczyłem, prowadzą na zewnątrz, na wzgórza i bagna, ale prowadzą również do środka. Z badania tego, co pod stopami, z czytania i myślenia, wynikł rodzaj eksploracji mnie i ziemi. Z czasem powstała z tego w moim umyśle jedność.

Słowa Johna Hainesa cytowane przez Jona Krakauera w Wszystko za życie

Dziś miałem dojechać do Los Angeles. Okazało się, że dostęp do miasta był ograniczony. Przy każdym wjeździe do niego tkwiły długie linie samochodów. Kierowcy nawet nie złościli się z tego powodu. Wychodzi na to, że korek staje tutaj w każdy weekend zjawiskiem naturalnym.
Zatrzymałem się w Santa Monica. Malownicze miejsce. Ciekawa nazwa. Mieszkam tuż obok Oceanu. Przejście na plażę zajmuje mi 5 minut.
Jednak notatka będzie krótka, gdyż dzisiejszy dzień spędziłem w samochodzie. Raz tylko zatrzymałem się w kasynie, o czym napiszę później.
Po porannej pobudce, zjedzeniu śniadania na świeżym powietrzu, wsiadłem do samochodu i zacząłem rozmyślać, co w Los Angeles jest tak nieodzownie przyciągającego, że turyści jadą do niego przez całe Stany Zjednoczone.
Szedłem banalnymi tropami. Stwierdziłem, że chlubą miasta są: Hollywood oraz Beverly Hills. Tyle, szczerze mówiąc, mniej więcej kojarzyłem z telewizji i tego, co przypadkiem przeczytałem. Stwierdziłem jednak, iż sam powinienem przekonać się, dlaczego ludzie narzekają na Los Angeles i mówią: „Bardzo brzydkie miasto. Trzeba z niego natychmiast uciekać dalej”. Z takimi komentarzami od czasu pobytu w Ameryce właśnie się spotykałem. Sprawdzę to jutro.
Powrócę na chwilę do kasyna. Dziś nic w nich nie straciłem. Uważam, że był to ogromny sukces. Tym większy, że karty odwróciły się i wygrałem 500 dolarów.
Poszedłem do pomieszczenia wysokich limitów, gdzie jedno pociągnięcie dźwigni kosztuje od 2 do 10 dolarów. Po straceniu dwóch stówek, padła moja – do tej pory – najwyższa wygrana.
Odkryłem dziś kolejne zjawisko w kasynie. Śmieszne, jak diabli. Niektórzy ludzie, wierzący w siłę rodziny, stawiają jej zdjęcia przy maszynie i, patrząc na mamę z promiennym uśmiechem, brata na rowerze lub babcię przy garach, wpadają w szał grania na automatach. W ten sposób wciąga się swoich krewnych w hazard, żartowałem.
Z kolei w Santa Monica zobaczyłem dwie bardzo interesujące rzeczy. Najczęściej widziałem je w filmach. Pierwszą z nich była wydzielona na plaży strefa do ćwiczeń fizycznych. Drążki, drabinki, liny do wspinania się. Maty i sztuczna trawa ułatwiały gimnastykę. Pary trenowały podnoszenia taneczne, ktoś obok chodził na linie. Pod palmą jeden mężczyzna spał, a drugi robił pompki. Wspaniale prezentowało się to miejsce. Niczym gimnazjon. Każdy mógł z niego korzystać do woli. 

Czy ten budynek nie jest powiązany z historią Forresta Gumpa?




Drugą sprawą, która spowodowała, że stanąłem, jak zamurowany (przez co piasek zaczął palić mnie w bose stopy) był ślub odbywający się, uwaga, na plaży. Obok leżących na ręcznikach turystów, młoda para wchodziła w nowy etap życia. Ceremonia wyglądała na skromną. Dzięki temu zyskiwała więcej wdzięku i uroku. Ciekawiło mnie, czy ślub odbędzie się przy zachodzie słońca. Nie doczekałem jednak tego momentu. Wróciłem do hotelu.

Dowiedziałem się, że plaża w mieście Santa Monica jest jedną z najlepszych dziesięciu plaż na świecie. Może i coś w tym jest. Pełno ludzi kąpało się pod wieczór w Oceanie. Turyści siedzieli na murkach, otrzepywali nogi z piasku. Miejscowi z kolei łowili ryby (jeszcze nie widziałem, aby któryś z nich cokolwiek złapał), zabawiali gapiów i robili atrakcje z byle czego. Na przykład jedna kobieta zakłada swojemu psu okulary przeciwsłoneczne na nos. 


Niektórzy jeszcze śpiewali bądź, co jest lepszym określeniem, piali do mikrofonu. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że ci „artyści” sprzedawali swoje płyty. Nikt nie podchodził jednak ich kupić. Tylko gdzieniegdzie ktoś klaskał.
Jutro rano wybieram się na przebieżkę brzegiem Oceanu, gimnastykę w strefie ćwiczeń i, co najważniejsze, do samego Los Angeles. Mam nadzieję, że miasto to nie zaskoczy mnie tak samo, jak San Francisco. Jeśli się uda, zahaczę również o pokaz kinowy nowego filmu o Spidermanie. Mam nadzieję, że projekcja nie zostanie odwołana.
Zapomniałbym o największym bohaterze dzisiejszego dnia! Gdy szedłem na plażę w Santa Monica, mijałem mały park. Stała w nim na 2 metry długa armata z mosiądzu, na którą wspiął się jakiś mężczyzna. Był w średnim wieku. Miał wzburzoną, zaniedbaną brodę, krótkie blond włosy. Nosił na sobie prześcieradło z wyciętymi otworami na ręce. Spacerował po armacie i ogłaszał coś ludziom. Nie rozumiałem go. Żywo gestykulował. Pomyślałem, że wygląda  na całkiem dobrego mówcę. Miejscowi, siedzący na ławkach w parku, nie zwracali na niego najmniejszej uwagi. Mężczyzną zainteresował się jednak ktoś inny – dwójka policjantów.
– Ej, schodź stamtąd! – krzyknął jeden z nich.
– Nie. Ja przygotowuję się do zejścia do podziemnego świata! – przekonywał mówca w prześcieradle.
– A co mnie to obchodzi? Już cię tu nie ma – groźnie rzucił zmęczony sytuacją strażnik prawa.
Mężczyzna położył się na armacie i zaczął udawać, że z niej schodzi. Policjanci obrócili się i zostawili go w spokoju. Ten spojrzał jeszcze na nich i ponownie wstał. Zaraz jednak szybko zeskoczył z rzeźby i pobiegł w tłum turystów. Kręcił się w kółko i śpiewającym tonem nadal głosił własną teorią upadku świata…

sobota, 21 lipca 2012

Dzień 24. Największe zwierzę na świecie


– Jak to się stało – zastanawia się głośno, patrząc na Zatokę Chesapeake – że dziecko, które miało dla wszystkich tyle współczucia, sprawiło rodzicom tyle bólu?

Jon Krakauer, Wszystko za życie

Zegar pokazał godzinę 8 nad ranem. Do moich uszu dochodziło subtelne pukanie do drzwi. Wraz z ich powolnym uchyleniem, w pokoju pojawiło się światło. Promienie słońca zdradzały latający w powietrzu kurz. Jednym okiem oceniłem sytuację. 
Zanim jednak doszedłem do siebie, odwiedzający mnie wujek rzekł przyjacielskim tonem:
– Czas wstawać. Nie ma spania!
Ciekawe, pomyślałem, czy to, co wczoraj planowałem, dziś wypali. Wujek miał mi za chwilę oznajmić prawdę.
– Dostaliśmy bilety – powiedział. – Pospiesz się więc, Łukaszu, bo nie zdążymy. Masz 30 minut.
Leżąc na plecach z oczami, które otworzyła adrenalina, podniosłem dłoń zaciśniętą w pięść, jak Freddie Mercury. Gest zwycięstwa.
Gdy skakałem na jednej nodze po pokoju, ubierając długie spodnie, powtarzałem sobie: Proszę, opanuj się, bo zapomnisz założyć skarpetek z wrażenia. Szybko naciągnąłem na siebie dwie podkoszulki (wsadziłem je w jeansy, żeby mnie nie przewiało) i dwie bluzy. Jedną z kapturem, drugą z kołnierzem. W biegu zjadłem ciastko oraz jajko-kanapkę. Śniadanie popiłem orzeźwiającym sokiem jabłkowym.
Po 10 minutach stałem już w porcie.
Nawoływanie lwów morskich rozchodziło się po pomostach, kawiarenkach i kutrach rybackich. Leżały na brzegu albo syczały, wpadając na siebie podczas zabaw w wodzie. Czasami wskakiwały na unoszące się na falach opony. A wtedy, jak królewicze, wypinały pierś i z przymrużonymi oczami delektowały się ciepłem słońca.
Pelikany patrolowały portowe wody. Slalomem pływały między balami pomostów. Obok nich unosiła się na plecach wąsata wydra, która łapami gładziła brzuch i zabawiała turystów. 









To już był imponujący poranek. A przecież za chwilę miałem wsiąść na pokład sporego rozmiaru kutra, żeby wypłynąć nim na głębiny Pacyfiku.
Szybkim krokiem doszedłem do celu. Skoczyłem nad wodą i dostałem się na statek. Kapitan witał klientów wycieczki. Zaznaczył, aby spokojnie usiąść i czekać, aż ruszą silniki. Po kilku minutach kuter zawibrował. Woda za nim spieniła się. Przez pokład przeszedł cichy pomruk. Ruszyliśmy.
Jaki był sens tego rejsu? Wolę na razie nie zdradzać. Zatem spokojnie, drodzy Czytelnicy, nie zawiodę Was. Bądźcie cierpliwi, ponieważ ta oceaniczna podróż wymagała tej cechy.
Znalazłem się na dziobie. Nałożyłem kaptur na głowę i ścisnąłem go tak, by wiatr nie mógł dostać się do karku. Gdy płynąłem statkiem wokół Alcatraz, nie miałem żadnych objawów choroby morskiej. Pomyślałem więc, że i tym razem spróbuję szczęścia.
To był inny rejs niż ten po Zatoce San Francisco. Nikt nie pieścił się z podróżnymi. Ani załoga statku, ani wody Oceanu nie ułatwiały wycieczki.
Początkowo sparaliżował mnie strach. Chciałem wracać do oszklonego wnętrza kutra. Jego dziób zaczął skakać, jak na resorach. Potężnie wybijał się w górę i z chlupotem opadał, rozbryzgując na wszystkie strony wodę. Czułem, że moja wątroba zamieniła się miejscem z żołądkiem, a reszta wnętrzności zaczęła lewitować. Był to stan ciągłego, ekstremalnego bujania się na huśtawce. Gdy statek wystrzeliwał w powietrze, uginałem nogi i amortyzowałem upadek. Złapałem się również na tym, że czasami zamykałem oczy. Ktoś za mną leżał na schodach z wiaderkiem obok siebie. Niektórzy zapoznawali również się z innym przyjacielem – papierową torbą.
Minęła godzina. Cały czas płynęliśmy na pełnej mocy silnika. Wydawało mi się, iż pokonaliśmy 15-20 kilometrów. Zielona woda Pacyfiku uspokajała się. Jej krople osiadały na kapturze. Bolały mnie mięśnie. Nie przestawałem rozglądać się. Lustrowałem horyzont. Dosłownie znikąd pojawiła się olbrzymia mgła. Rozlała się po Oceanie i ograniczyła widoczność na 20 metrów. Wydawało się, że połknęła kuter. Otoczyła go i nie chciała wypuścić ze swego środka. 




Statek zaczął zwalniać. Zadawałem sobie pytanie, czy kapitan wiedział, co robić w tej sytuacji. Turyści siadali na ławkach. Zostawiali wywalczone przez siebie miejsca przy barierkach i z nieukrywanym żalem wzdychali. Ja nadal czekałem na posterunku z gotowym aparatem w dłoni. W każdej chwili mogłem ujrzeć jeden z najwspanialszych widoków na świecie.
Upłynęło 30 minut. Rozczarowanie rozchodziło się po pokładzie kutra. Mgła powoli ustępowała. Gdzieś w oddali zamajaczył kształt innego statku. Podążał w tym samym kierunku, co my.
Nieoczekiwanie plusnęła woda. Coś z niej wychyliło się. Silniki przestały pracować. Ledwo zdążyłem zorientować się w sytuacji. Zobaczyłem tylko bąble powietrza, które zostawił po sobie zaskakujący mieszkaniec Oceanu. Przez kolejne 10 minut nic się nie zdarzyło. Lustro Pacyfiku wzburzały wyłącznie fale.
W końcu zacząłem widzieć horyzont. Nie poddawałem się i wierzyłem, że ta – prawdopodobnie jedyna w moim życiu – okazja do przemierzenia wód Pacyfiku, zakończy się sukcesem.
I ni stąd, ni zowąd 150 metrów od kutra buchnęła w powietrze woda i niczym lekki deszczyk zaczęła opadać. Przeszyła mnie niesamowita ekscytacja. W końcu cię spotkałem, płetwalu błękitny.



Byłem bardzo blisko największego na świecie zwierzęcia. To zaszczyt widzieć je na wolności, w chłodnych i obfitych w kryl wodach Kalifornii.
Jasnoniebieski, przechodzący w zieleń kolor ciała płetwala odbijał się w słońcu. Wieloryb natychmiast zniknął pod wodą z efektownym nurem. Jego ogon uniósł się i zgrabnym ruchem rozpłynął w głębinach Pacyfiku. Ale obok tego miejsca woda bryzgnęła ponownie. Kolejny osobnik! Nabierał powietrza. Po chwili ponad 20-metrowe zwierzę przepadło bez śladu. (Przeczytałem, choć ciężko mi w to uwierzyć, że serce płetwala jest wielkości samochodu osobowego, a w niektórych jego naczyniach krwionośnych człowiek mógłby pływać).











Kilka razy zobaczyłem jeszcze te wodne olbrzymy. Podziwiałem je przez bardzo krótki czas, bowiem płetwale tylko nabierały powietrza i zaraz nurkowały. Żałuję, że nie były dziś skore do zabawy, że ani razu nie wyskoczyły ponad lustro wody i z pluskiem wpadły do niej z powrotem. Powoli zaczęliśmy zawracać do portu.
Dusiłem w sobie chwilowy żal. W tej podróży mogłem zobaczyć wiele więcej ssaków. Pomijając wieloryby, w wodach Kalifornii pływały w tym czasie delfiny, humbaki oraz orki… Wolałem jednak docenić sam fakt, że w ogóle miałem możliwość bycia na pokładzie tego statku.  
Cisza wypełniła kuter. Każdy przeżywał na swój sposób to spotkanie. Wróciłem padnięty do samochodu. Po 3 godzinach spędzonych na Oceanie, zapadłem w głęboki sen na tyłach auta.
Jechaliśmy non stop brzegiem Pacyfiku. Ciocia obudziła mnie, gdy zatrzymaliśmy się. Szybko podniosłem ciężka głowę i zobaczyłem, że mnóstwo ludzi stoi przy jakichś barierkach nad plażą. Barierki i plaża? Coś tutaj nie pasowało...
Wiatr siarczyście bił po twarzy, a piasek dostawał się do oczu. W końcu dotarłem do malutkiego płotu. Odgradzał on turystów od północnych słoni morskich! 


Było ich całe mnóstwo. Leżały pokotem na plaży. Tłuszcz opadł im z dwóch stron. Wyglądały na bardzo ociężałe. Traktowały swoich pobratymców, jak poduszki. Zauważyłem, że niektóre z samców walczyły ze sobą. Wydawały przy tym gardłowy warkot. Reszta wegetowała bez ruchu. Od czasu do czasu jakiś słoń morski obrzucił się piachem, którego resztki unosiły się na wietrze i trafiały wprost w twarze obserwatorów tego zebrania.
Jeden z osobników próbował dotrzeć do Oceanu. Wpadł do płytkiej wody i znieruchomiał. Głowę miał zanurzoną. Stwierdziłem, iż wyglądał, jak skała. Nie chciałbym go jednak z nią pomylić, albowiem słoń morski jest dość niebezpiecznym stworzeniem. Szybszym, o dziwo!, niż człowiek. Kilka razy spojrzałem na legowisko ociężałych ssaków i pobiegłem do samochodu.




W tych oto warunkach żegnałem tę część zachodniego wybrzeża. Nadchodził czas ponownego wyruszenia w drogę.
Kończąc, przyznam, że nawet nie wiem, gdzie zatrzymałem się na noc. Było zbyt ciemno, abym cokolwiek zauważył. Doskonale jednak pamiętałem, iż już jutro minę bramy miasta, którego nazwa zaczyna się na literę „L”.