Powoli
uwaga twoja staje się tak skupiona, że nie zauważasz otarcia skóry na rękach,
skurczy w udach, napięcia spowodowanego nieustanną koncentracją. Jesteś jak
gdyby w transie, wspinaczka staje się snem na jawie. Godziny mijają jak minuty.
Bagaż codziennej egzystencji – wyrzuty sumienia, niezapłacone rachunki,
zmarnowane okazje, kurz pod kanapą, niemożność ucieczki od swych genów –
ulatnia się na jakiś czas z pamięci, wobec jasności i powagi aktualnego celu.
Jon Krakauer, Wszystko za życie
Nadal czuję w kościach
i mięśniach Las Vegas. Nie potrafię tego wyjaśnić. Odnoszę wrażenie, że
oszołomienie wyniesione z tego miasta siedzi gdzieś głęboko we mnie. Zebrałem
się jednak dziś na minimalny wysiłek i dokonałem wspaniałej rzeczy – późnym
wieczorem wdrapałem się na Willis Tower.
Wcześniej natomiast poszedłem
na zakupy. Udałem się do sklepu Apple. Potrzebowałem dowiedzieć się czegoś o
laptopie i odtwarzaczu muzyki, które zamierzałem kupić. Gdy znalazłem się
wewnątrz tego skomputeryzowanego raju, dziwiłem się, ilu obecnie przebywało w
nim ludzi. Kliencie wlewali się głównym wejściem i prawie w ogóle nie
wychodzili.
Trzeba też przyznać, że
sklep był ogromny. Parter i pierwsze piętro olśniewało swoimi skarbami. Ludzie,
oszołomieni nową technologią, rzucali się w stronę komputerów, laptopów.
Dotykali, ważyli w ręku, oglądali z każdej strony. Dzieci przeważnie grały i skakały
z zachwytu podczas tego zajęcia.
Zauważyłem, że po
sklepie przechadzało się mnóstwo pracowników Apple. Nie mieli zbyt dużo czasu
dla siebie, bowiem każdy klient chciał coś wiedzieć. Mi najbardziej zależało na
tym, czy laptop, którego chciałem kupić, posiadał polską wersję językową
swojego systemu.
– Przepraszam, czy w
tym laptopie znajdę język polski? – zaczepiłem jakiegoś
pracownika. Ten spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
– Co znajdziesz? –
wydukał zdziwiony. – Nie rozumiem, o co ci chodzi.
– Język polski –
powtórzyłem powoli.
– A, język! –
powiedział ucieszony, rozumiejąc jedynie pierwszy człon zdania. – Już
sprawdzamy.
Wydawało mi się, że
akurat temu mężczyźnie nigdy nie zdarzyło się słyszeć o mojej ojczyźnie.
Podeszliśmy do laptopa.
Pracownik w mgnieniu oka wszedł w jego opcje. Wzrokiem przeszukiwaliśmy listę dostępnych
języków. Tego, którego szukałem, nie zauważyliśmy.
– Przykro mi – rzekł aktorskim
tonem.
Nie poddałem się. Spojrzałem
jeszcze raz. Znalazłem. Okazało się, że w laptopie nie było napisane „Polish”,
a „Polski”. Stąd wynikała pomyłka pracownika. Pokazałem mu, iż jednak jego
firma postarała się o to, abym mógł korzystać z jej usług. A on na to:
– W takim razie twój
język musi być na samej górze.
I w ten sposób wiersz z
napisem „Polski” znalazł się na szczycie listy języków. Uśmiechnąłem się w
ramach podzięki i szczęśliwy wyszedłem ze sklepu. Postanowiłem, iż następnego
dnia wrócę do niego, aby zrobić wymarzone zakupy.
Wieczorem powziąłem
zamiar odwiedzenia wieżowca Willis (wcześniej potocznie nazywanego Searsem).
Jest to najwyższy budynek w Stanach Zjednoczonych. Posiada 110 pięter. Mierzy
442 metry. Mieści się w pierwszej dziesiątce najpotężniejszych konstrukcji na
świecie.
Zastanawiałem się, czy
wieczór był dobrą porą na spacer wewnątrz kolosa. Wchodząc do windy, zacząłem
liczyć czas, jaki potrzebowało to urządzenie na wyniesienie mnie na 103 piętro
(wyżej nie można jechać). Wynik – 37 sekund w górę i 40 w dół. Imponujące,
nieprawdaż, drodzy Czytelnicy? W ramach dygresji warto dopowiedzieć, że w
pierwszym wypadku w windzie znajdowało się 26 osób.
Zanim wjechałem na
szczyt Willis Tower, zobaczyłem w korytarzu wizerunek Michaela Jordana. Był
naniesiony na ścianę. Odzwierciedlał rzeczywisty wzrost koszykarza. Obok jego
sylwetki znajdowała się informacja – potrzeba ponad dwustu mężczyzn pokroju
Jordana, aby dorównać wysokości budynku.
Wjechałem na 103
piętro. Minąłem sklepiki z pamiątkami i zacząłem się oglądać dookoła. Otaczała
mnie pomarańczowa poświata. Chicago dawało znaki życia. Emanowało wspaniałym,
rozmazującym się, pulsującym światłem. Gdzieś rozciągała się autostrada. W oddali
ciemność przebijał blask reflektorów boiska bejsbolowego.
Wszystkie budynki zapadały
się w sobie. Tak jakby wstydziły się swoich rozmiarów. A ten wieżowiec dumnie
sięgał nieba i łaskotał chmury.
Zobaczyłem skupisko
ludzi stojące przy jakiejś szybie. Zapewne to jest to magiczne i zarazem
przerażające miejsce, pomyślałem. I tak też było. Otóż Willis Tower na 103
piętrze posiada dwa oszklone z każdej strony balkony, wychodzące z jego
wnętrza. W ten sposób, gdy postawiło się na nich stopy, człowiek wisiał w powietrzu.
Wówczas w dole roztaczały się ulice Chicago. Ta atrakcja przypominała mi
Skywalk, czyli powietrzny spacer w Wielkim Kanionie.
Jednak na wieżowcu nie
miałem tyle odwagi, co w Nevadzie. Najpierw nieśmiało stanąłem jedną nogą na
szybie. Później niepewnie postąpiłem do przodu. Przyznam, że byłem przerażony i
sparaliżowany. Spojrzałem w dół. Gorzej postąpić nie mogłem. Natychmiast
wycofałem się na bezpieczny grunt. Więcej nie wszedłem na balkon. Jedynie
przyglądałem się ludziom, którzy kładli się na jego szklanej podłodze i robili
sobie zdjęcia.
Jakże wspaniale
poczułem się w momencie, w którym wyszedłem z Willis Tower na ulicę. Dopiero w
tym momencie wiedziałem, że nie zagraża mi już nic ze strony wieżowca. Na
zegarku wybiła godzina 22. Z wrażenia spaliłem chyba za dużo energii, bowiem
momentalnie zgłodniałem. Po drodze do domu zaszedłem do włoskiego domu pizzy. Tam
raczyłem się wspaniałymi smakołykami. Jednocześnie spoglądałem ukradkiem na
puste ulice Chicago. Zaczęło dochodzić do mnie, że mogę ich już więcej nie
zobaczyć. Nie chciałem pogodzić się z tą myślą. Ale puszyste ciasto pizzy
łaskotało żołądek i kazało zapomnieć o wszystkich bólach, troskach,
sentymentach i niepowodzeniach…






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz