wtorek, 31 lipca 2012

Dzień 34. Willis Tower – najwyższy budynek Stanów Zjednoczonych



Powoli uwaga twoja staje się tak skupiona, że nie zauważasz otarcia skóry na rękach, skurczy w udach, napięcia spowodowanego nieustanną koncentracją. Jesteś jak gdyby w transie, wspinaczka staje się snem na jawie. Godziny mijają jak minuty. Bagaż codziennej egzystencji – wyrzuty sumienia, niezapłacone rachunki, zmarnowane okazje, kurz pod kanapą, niemożność ucieczki od swych genów – ulatnia się na jakiś czas z pamięci, wobec jasności i powagi aktualnego celu. 

Jon Krakauer, Wszystko za życie

Nadal czuję w kościach i mięśniach Las Vegas. Nie potrafię tego wyjaśnić. Odnoszę wrażenie, że oszołomienie wyniesione z tego miasta siedzi gdzieś głęboko we mnie. Zebrałem się jednak dziś na minimalny wysiłek i dokonałem wspaniałej rzeczy – późnym wieczorem wdrapałem się na Willis Tower. 
Wcześniej natomiast poszedłem na zakupy. Udałem się do sklepu Apple. Potrzebowałem dowiedzieć się czegoś o laptopie i odtwarzaczu muzyki, które zamierzałem kupić. Gdy znalazłem się wewnątrz tego skomputeryzowanego raju, dziwiłem się, ilu obecnie przebywało w nim ludzi. Kliencie wlewali się głównym wejściem i prawie w ogóle nie wychodzili.
Trzeba też przyznać, że sklep był ogromny. Parter i pierwsze piętro olśniewało swoimi skarbami. Ludzie, oszołomieni nową technologią, rzucali się w stronę komputerów, laptopów. Dotykali, ważyli w ręku, oglądali z każdej strony. Dzieci przeważnie grały i skakały z zachwytu podczas tego zajęcia.
Zauważyłem, że po sklepie przechadzało się mnóstwo pracowników Apple. Nie mieli zbyt dużo czasu dla siebie, bowiem każdy klient chciał coś wiedzieć. Mi najbardziej zależało na tym, czy laptop, którego chciałem kupić, posiadał polską wersję językową swojego systemu.
– Przepraszam, czy w tym laptopie znajdę język polski? – zaczepiłem jakiegoś pracownika. Ten spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
– Co znajdziesz? – wydukał zdziwiony. – Nie rozumiem, o co ci chodzi.
– Język polski – powtórzyłem powoli.
– A, język! – powiedział ucieszony, rozumiejąc jedynie pierwszy człon zdania. – Już sprawdzamy.
Wydawało mi się, że akurat temu mężczyźnie nigdy nie zdarzyło się słyszeć o mojej ojczyźnie.
Podeszliśmy do laptopa. Pracownik w mgnieniu oka wszedł w jego opcje. Wzrokiem przeszukiwaliśmy listę dostępnych języków. Tego, którego szukałem, nie zauważyliśmy.
– Przykro mi – rzekł aktorskim tonem.
Nie poddałem się. Spojrzałem jeszcze raz. Znalazłem. Okazało się, że w laptopie nie było napisane „Polish”, a „Polski”. Stąd wynikała pomyłka pracownika. Pokazałem mu, iż jednak jego firma postarała się o to, abym mógł korzystać z jej usług. A on na to:
– W takim razie twój język musi być na samej górze.
I w ten sposób wiersz z napisem „Polski” znalazł się na szczycie listy języków. Uśmiechnąłem się w ramach podzięki i szczęśliwy wyszedłem ze sklepu. Postanowiłem, iż następnego dnia wrócę do niego, aby zrobić wymarzone zakupy.
Wieczorem powziąłem zamiar odwiedzenia wieżowca Willis (wcześniej potocznie nazywanego Searsem). Jest to najwyższy budynek w Stanach Zjednoczonych. Posiada 110 pięter. Mierzy 442 metry. Mieści się w pierwszej dziesiątce najpotężniejszych konstrukcji na świecie.
Zastanawiałem się, czy wieczór był dobrą porą na spacer wewnątrz kolosa. Wchodząc do windy, zacząłem liczyć czas, jaki potrzebowało to urządzenie na wyniesienie mnie na 103 piętro (wyżej nie można jechać). Wynik – 37 sekund w górę i 40 w dół. Imponujące, nieprawdaż, drodzy Czytelnicy? W ramach dygresji warto dopowiedzieć, że w pierwszym wypadku w windzie znajdowało się 26 osób.
Zanim wjechałem na szczyt Willis Tower, zobaczyłem w korytarzu wizerunek Michaela Jordana. Był naniesiony na ścianę. Odzwierciedlał rzeczywisty wzrost koszykarza. Obok jego sylwetki znajdowała się informacja – potrzeba ponad dwustu mężczyzn pokroju Jordana, aby dorównać wysokości budynku.
Wjechałem na 103 piętro. Minąłem sklepiki z pamiątkami i zacząłem się oglądać dookoła. Otaczała mnie pomarańczowa poświata. Chicago dawało znaki życia. Emanowało wspaniałym, rozmazującym się, pulsującym światłem. Gdzieś rozciągała się autostrada. W oddali ciemność przebijał blask reflektorów boiska bejsbolowego. 



Wszystkie budynki zapadały się w sobie. Tak jakby wstydziły się swoich rozmiarów. A ten wieżowiec dumnie sięgał nieba i łaskotał chmury.

Zobaczyłem skupisko ludzi stojące przy jakiejś szybie. Zapewne to jest to magiczne i zarazem przerażające miejsce, pomyślałem. I tak też było. Otóż Willis Tower na 103 piętrze posiada dwa oszklone z każdej strony balkony, wychodzące z jego wnętrza. W ten sposób, gdy postawiło się na nich stopy, człowiek wisiał w powietrzu. Wówczas w dole roztaczały się ulice Chicago. Ta atrakcja przypominała mi Skywalk, czyli powietrzny spacer w Wielkim Kanionie.
Jednak na wieżowcu nie miałem tyle odwagi, co w Nevadzie. Najpierw nieśmiało stanąłem jedną nogą na szybie. Później niepewnie postąpiłem do przodu. Przyznam, że byłem przerażony i sparaliżowany. Spojrzałem w dół. Gorzej postąpić nie mogłem. Natychmiast wycofałem się na bezpieczny grunt. Więcej nie wszedłem na balkon. Jedynie przyglądałem się ludziom, którzy kładli się na jego szklanej podłodze i robili sobie zdjęcia. 


Jakże wspaniale poczułem się w momencie, w którym wyszedłem z Willis Tower na ulicę. Dopiero w tym momencie wiedziałem, że nie zagraża mi już nic ze strony wieżowca. Na zegarku wybiła godzina 22. Z wrażenia spaliłem chyba za dużo energii, bowiem momentalnie zgłodniałem. Po drodze do domu zaszedłem do włoskiego domu pizzy. Tam raczyłem się wspaniałymi smakołykami. Jednocześnie spoglądałem ukradkiem na puste ulice Chicago. Zaczęło dochodzić do mnie, że mogę ich już więcej nie zobaczyć. Nie chciałem pogodzić się z tą myślą. Ale puszyste ciasto pizzy łaskotało żołądek i kazało zapomnieć o wszystkich bólach, troskach, sentymentach i niepowodzeniach…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz