niedziela, 29 lipca 2012

Dzień 33. Podczas lotu do Chicago dzieją się dziwne rzeczy



Krajobraz, otaczający parów Davis Gulch, tworzą wysuszone, nagie skały i ceglasty piasek. Roślinność jest wątła. Nie ma praktycznie żadnego cienia, w którym można by się schronić przed palącym słońcem. Zejście do kanionu to jak zejście do innego świata. Wysokie trawy falują w delikatnym powiewie. Topole przytulają się z gracją do dzikich gruszy. Efemeryczne kwiecie wyrasta u stóp trzydziestometrowego kamiennego łuku, a wąwozowe strzyżyki wyśpiewują do siebie żałośnie z gęstwiny skarłowaciałych dębów.

Jon Krakauer, Wszystko za życie

Drodzy Czytelnicy, dzisiejsza notatka powstała w całości w samolocie. To kolejne – zaskakujące mnie samego – miejsce, w którym przyszło mi pisać. Pamiętam, że część tekstów z tej podróży rodziła się właśnie w nietuzinkowych okolicznościach. Czułem się zawsze zobowiązany do tego, aby dzielić się swoimi wrażeniami. Na przykład w Las Vegas pisałem wtedy, kiedy wszyscy bawili się w najlepsze – w nocy. W Yellowstone biegłem o północy do stojącego w głuszy hotelu, bowiem w nim, a nie w moim miejscu zakwaterowania, był Internet. Skończyłem tę notatkę nad ranem. Na dodatek, gdy wracałem do siebie, zgubiłem drogę. W tych egipskich ciemnościach widziałem jedynie zarys własnej dłoni. Pamiętam, iż po lesie, tak mi się wydawało, rozchodziło się wycie wilka. Ale nie o tym miał być ten wpis.
Otóż dziś wracałem do Chicago. Wystartowałem z Las Vegas o godzinie 15. Do momentu odlotu byłem na wpół żywy. Pokładałem się, obijałem o barierki siedzeń, na których próbowałem spać. Spadały mi okulary z nosa. Plecak przewracał się z hukiem. Moja trzeźwość umysłu pozostawiała wiele do życzenia. Dopiero w samolocie odzyskałem co nieco wigoru. Wiedziałem, że mam do wypełnienia swoją codzienną misję – napisać notatkę.
Na lotnisku spoglądałem na znudzonych turystów. Pamiętam ich reakcje, gdy wylatywali z Chicago do Vegas. Byli jak dzieci-kwiaty. Wypełniała ich radość, myśl, że w końcu wpadną w wir zabawy, wolności, nieskrępowania. Głośno ze sobą rozmawiali, stali w kolejce, trzęsąc się z niecierpliwości. Ale dziś było już inaczej. Ci sami ludzie wracali z półuśmiechem. Wspominali, co robili w Las Vegas, ale nie mieli siły, aby okazać więcej emocji. Większość z nich leżała pokotem na siedzeniach. Pozostali, ci mniej wybredni, na podłodze. Wszyscy jednak – jak jeden mąż – chodzili z napojami niegazowanymi. Gasili pożar organizmu, który rozszedł się po ich ciele w Sin City. Smętnym, przyćmionym głosem mówili do osób, z którymi rozmawiali przez telefon:
– Świetnie się bawiłem. To był doskonały czas.
Pomyślałem sobie, że dziś, w samolocie, musieli za niego srogo odpokutować…


Podczas podróży do Chicago, zanim zacząłem pisać, zasnąłem. W śnie przyszły do mnie wspaniałe obrazy…
…czułem, że przeniosłem się do wczorajszego dnia, na widownię tego tajemniczego teatru. Siedziałem w ósmym rzędzie, na wprost sceny. Ta była zasłonięta krwiście czerwonymi, olbrzymimi kurtynami. Gdzieniegdzie rozchodziły się szepty ludzi. Spektakl, a prędzej show, nazywał się „O”. Później wyjaśnię, co, moim zdaniem, oznaczała ta litera.
Sala pogrążała się w półcieniu. W powietrzu unosił się spokój, odprężenie, które przerwały piskliwe, urywane głosy klaunów. Grający ich aktorzy byli doskonale umalowani, ubrani. Za duże spodnie na szelkach, kapelusiki, podziurawiona parasolka. Stali wśród publiczności. Po schodach, prowadzących do wyjścia, toczyli w górę sporych rozmiarów koło ratunkowe. Nawiasem mówiąc, zawsze uważałem, że rola klauna łączy w sobie i wesołość, i smutek.
Figle tej dwójki skończyły się po 10 minutach. Mężczyźni zniknęli w bocznych drzwiach. Teraz ich miejsce zajęła liczna grupa innych aktorów. Któryś z nich uderzał batem. Po sali rozchodził się również przerażający śmiech. To była kobieta, która pobiegła, ku mojemu zaskoczeniu, w stronę ósmego rzędu. Miała ponad 300 ludzi do wyboru, a akurat padło na mnie, mówiłem do siebie w duszy. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, po czym jej wzrok powędrował na siedzącego przede mną mężczyznę. Ten spanikował, gdy olśniewająca aktorka wyciągnęła do niego rękę. Wzbraniał się i uciekał jej. Ale kobieta szarpnęła nim i tym samym wplątała w historię, która miała się zaraz wydarzyć. (Mężczyzna z widowni był aktorem).
I rozpoczęło się. Kurtyny w impetem powędrowały ku górze. Scena zatrzęsła się od śmiechów. Następnie zapadła się i utworzyła wypełniony wodą zbiornik! Aktorzy, w przebraniach tak surrealistycznych, jak w „Alicji w Krainie Czarów”, wybiegli z ukryć. 
Akrobacje, skoki, taniec. Wszystko wyglądało wyśmienicie. Moja fantazja wędrowała z każdym ruchem aktora. Czułem nawet, jak wysychają mi wargi, bowiem z wrażenia nie domykałem ust. Nie miałem odwagi napić się wody. Nie chciałem przerwać sobie tego widowiska, uczty!
Nigdy na własne oczy nie widziałem, aby ktoś tak perfekcyjnie się poruszał. Taki taniec przemawiał do mnie, imponował mi. Ciało aktorów hipnotyzowało. Stroje również. A scena co chwilę tworzyła basen – raz głębszy, raz płytszy. 
Teatr trwał 1,5 godziny. A ja przez cały czas jego trwania chciałem krzyknąć niczym Faust: „Trwaj chwilo, o, jakeż jesteś piękna!”.
Mam świadomość tego, że próba opisania show jest wręcz niemożliwa. Nie odda się tych przeżyć, scenerii. Wszystkiego. Dlatego muszę przyznać się do błędu, gdyż początkowo twierdziłem, iż spektakl będzie mało wymagający. Nie ma też wstydu napisać, że momentami fabuła wyprzedzała mój umysł i wskutek tego nie zawsze ją rozumiałem. Z kolei nazwa widowiska miała prawdopodobnie symbolizować koła – figury niemalże idealne. Przypominała zatem, jak zachowywało się lustro zbiornika, które wzburzał skaczący do wody aktor i z jaką gracją to robił.
Obudziłem się. Sen o teatrze przestał trzymać mnie w swoich objęciach, bowiem w przedniej części samolotu zauważyłem pilotów. Byli wyluzowani, weseli. Rozmawiali ze sobą, spacerowali po pokładzie. A ja przeżywałem przez nich katusze. Pomyślałem, iż oni nawet nie mieli pojęcia, co działo się w tym momencie przed samolotem. A gdyby tak ktoś zboczył z kursu? Albo my byśmy to zrobili? Przecież maszyny nie są doskonałe. Wiara w ich niezawodność zawsze nas gubiła.
Próbowałem więc uciec myślami od tego wydarzenia. Powróciłem do ciemnego zaułku, w którym rozmawiałem z weteranem. I już wiedziałem, jak zakończę swoją podróż po Stanach Zjednoczonych. Ostatnia notatka dziennika będzie należeć właśnie do tego człowieka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz