Krajobraz,
otaczający parów Davis Gulch, tworzą wysuszone, nagie skały i ceglasty piasek.
Roślinność jest wątła. Nie ma praktycznie żadnego cienia, w którym można by się
schronić przed palącym słońcem. Zejście do kanionu to jak zejście do innego
świata. Wysokie trawy falują w delikatnym powiewie. Topole przytulają się z
gracją do dzikich gruszy. Efemeryczne kwiecie wyrasta u stóp
trzydziestometrowego kamiennego łuku, a wąwozowe strzyżyki wyśpiewują do siebie
żałośnie z gęstwiny skarłowaciałych dębów.
Jon
Krakauer, Wszystko za życie
Drodzy Czytelnicy,
dzisiejsza notatka powstała w całości w samolocie. To kolejne – zaskakujące
mnie samego – miejsce, w którym przyszło mi pisać. Pamiętam, że część tekstów z
tej podróży rodziła się właśnie w nietuzinkowych okolicznościach. Czułem się
zawsze zobowiązany do tego, aby dzielić się swoimi wrażeniami. Na przykład w
Las Vegas pisałem wtedy, kiedy wszyscy bawili się w najlepsze – w nocy. W
Yellowstone biegłem o północy do stojącego w głuszy hotelu, bowiem w nim, a nie
w moim miejscu zakwaterowania, był Internet. Skończyłem tę notatkę nad ranem. Na
dodatek, gdy wracałem do siebie, zgubiłem drogę. W tych egipskich ciemnościach
widziałem jedynie zarys własnej dłoni. Pamiętam, iż po lesie, tak mi się
wydawało, rozchodziło się wycie wilka. Ale nie o tym miał być ten wpis.
Otóż dziś wracałem do
Chicago. Wystartowałem z Las Vegas o godzinie 15. Do momentu odlotu byłem na
wpół żywy. Pokładałem się, obijałem o barierki siedzeń, na których próbowałem
spać. Spadały mi okulary z nosa. Plecak przewracał się z hukiem. Moja trzeźwość
umysłu pozostawiała wiele do życzenia. Dopiero w samolocie odzyskałem co nieco
wigoru. Wiedziałem, że mam do wypełnienia swoją codzienną misję – napisać
notatkę.
Na lotnisku spoglądałem
na znudzonych turystów. Pamiętam ich reakcje, gdy wylatywali z Chicago do Vegas.
Byli jak dzieci-kwiaty. Wypełniała ich radość, myśl, że w końcu wpadną w wir
zabawy, wolności, nieskrępowania. Głośno ze sobą rozmawiali, stali w kolejce,
trzęsąc się z niecierpliwości. Ale dziś było już inaczej. Ci sami ludzie wracali
z półuśmiechem. Wspominali, co robili w Las Vegas, ale nie mieli siły, aby
okazać więcej emocji. Większość z nich leżała pokotem na siedzeniach.
Pozostali, ci mniej wybredni, na podłodze. Wszyscy jednak – jak
jeden mąż – chodzili z napojami niegazowanymi. Gasili pożar
organizmu, który rozszedł się po ich ciele w Sin City. Smętnym, przyćmionym
głosem mówili do osób, z którymi rozmawiali przez telefon:
– Świetnie się bawiłem.
To był doskonały czas.
Pomyślałem sobie, że
dziś, w samolocie, musieli za niego srogo odpokutować…
Podczas podróży do
Chicago, zanim zacząłem pisać, zasnąłem. W śnie przyszły do mnie wspaniałe
obrazy…
…czułem, że przeniosłem
się do wczorajszego dnia, na widownię tego tajemniczego teatru. Siedziałem w
ósmym rzędzie, na wprost sceny. Ta była zasłonięta krwiście czerwonymi,
olbrzymimi kurtynami. Gdzieniegdzie rozchodziły się szepty ludzi. Spektakl, a
prędzej show, nazywał się „O”. Później wyjaśnię, co, moim zdaniem, oznaczała ta
litera.
Sala pogrążała się w
półcieniu. W powietrzu unosił się spokój, odprężenie, które przerwały piskliwe,
urywane głosy klaunów. Grający ich aktorzy byli doskonale umalowani, ubrani. Za
duże spodnie na szelkach, kapelusiki, podziurawiona parasolka. Stali wśród
publiczności. Po schodach, prowadzących do wyjścia, toczyli w górę sporych
rozmiarów koło ratunkowe. Nawiasem mówiąc, zawsze uważałem, że rola klauna
łączy w sobie i wesołość, i smutek.
Figle tej dwójki
skończyły się po 10 minutach. Mężczyźni zniknęli w bocznych drzwiach. Teraz ich
miejsce zajęła liczna grupa innych aktorów. Któryś z nich uderzał batem. Po sali
rozchodził się również przerażający śmiech. To była kobieta, która pobiegła, ku
mojemu zaskoczeniu, w stronę ósmego rzędu. Miała ponad 300 ludzi do wyboru, a
akurat padło na mnie, mówiłem do siebie w duszy. Przez chwilę patrzyliśmy sobie
w oczy, po czym jej wzrok powędrował na siedzącego przede mną mężczyznę. Ten
spanikował, gdy olśniewająca aktorka wyciągnęła do niego rękę. Wzbraniał się i uciekał
jej. Ale kobieta szarpnęła nim i tym samym wplątała w historię, która miała się
zaraz wydarzyć. (Mężczyzna z widowni był aktorem).
I rozpoczęło się.
Kurtyny w impetem powędrowały ku górze. Scena zatrzęsła się od śmiechów. Następnie
zapadła się i utworzyła wypełniony wodą zbiornik! Aktorzy, w przebraniach tak
surrealistycznych, jak w „Alicji w Krainie Czarów”, wybiegli z ukryć.
Akrobacje,
skoki, taniec. Wszystko wyglądało wyśmienicie. Moja fantazja wędrowała z każdym
ruchem aktora. Czułem nawet, jak wysychają mi wargi, bowiem z wrażenia nie
domykałem ust. Nie miałem odwagi napić się wody. Nie chciałem przerwać sobie
tego widowiska, uczty!
Nigdy na własne oczy
nie widziałem, aby ktoś tak perfekcyjnie się poruszał. Taki taniec przemawiał
do mnie, imponował mi. Ciało aktorów hipnotyzowało. Stroje również. A
scena co chwilę tworzyła basen – raz głębszy, raz
płytszy.
Teatr trwał 1,5
godziny. A ja przez cały czas jego trwania chciałem krzyknąć niczym Faust:
„Trwaj chwilo, o, jakeż jesteś piękna!”.
Mam świadomość tego, że
próba opisania show jest wręcz niemożliwa. Nie odda się tych przeżyć, scenerii.
Wszystkiego. Dlatego muszę przyznać się do błędu, gdyż początkowo twierdziłem,
iż spektakl będzie mało wymagający. Nie ma też wstydu napisać, że momentami
fabuła wyprzedzała mój umysł i wskutek tego nie zawsze ją rozumiałem. Z kolei nazwa widowiska miała prawdopodobnie symbolizować koła – figury niemalże idealne. Przypominała zatem, jak zachowywało się lustro zbiornika, które wzburzał skaczący do wody aktor i z jaką gracją to robił.
Obudziłem się. Sen o
teatrze przestał trzymać mnie w swoich objęciach, bowiem w przedniej części
samolotu zauważyłem pilotów. Byli wyluzowani, weseli. Rozmawiali ze sobą,
spacerowali po pokładzie. A ja przeżywałem przez nich katusze. Pomyślałem, iż
oni nawet nie mieli pojęcia, co działo się w tym momencie przed samolotem. A
gdyby tak ktoś zboczył z kursu? Albo my byśmy to zrobili? Przecież maszyny nie
są doskonałe. Wiara w ich niezawodność zawsze nas gubiła.
Próbowałem więc uciec
myślami od tego wydarzenia. Powróciłem do ciemnego zaułku, w którym rozmawiałem
z weteranem. I już wiedziałem, jak zakończę swoją podróż po Stanach Zjednoczonych.
Ostatnia notatka dziennika będzie należeć właśnie do tego człowieka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz